W nocy, gdy wszyscy ludzie w gospodzie położyli się spać, ktoś nagle zaczął wzdychać tak głęboko i przeciągle, że wszyscy powstawali, by zobaczyć, co i komu się przydarzyło, a właściciel marionetek podszedł do swojego małego teatru – westchnienia dochodziły stamtąd. Wszystkie drewniane lalki, i król, i straże, leżały wymieszane, głęboko wzdychały i wypłaszczały swoje szklane oczy; im też chciało się, by posmarowano je maścią jak królową – wtedy i one mogłyby same się poruszać! Królowa zaś uklękła i wyciągnęła swoją złotą koronę, jakby mówiąc: „Weźcie ją, tylko posmarujcie mojego małżonka i моих dworzan!" Biedaczka właściciel nie mógł powstrzymać łez, tak żal mu było swoich lalek, poszedł do towarzysza Johanesa i obiecał oddać mu wszystkie pieniądze, które zbierze za wieczorne przedstawienie, jeśli ten posmaruje maścią cztery-pięć najlepszych z jego lalek. Towarzysz Johanesa powiedział, że pieniędzy nie weźmie, niech właściciel odda mu dużą szablę, która wisiała mu u boku. Otrzymawszy ją, posmarował sześć lalek, które natychmiast zaczęły tańczyć, i to tak wesoło, że patrząc na nie, wszystkie żywe, prawdziwe dziewczyny również puściły się w taniec, zapлясali i woźnica, i kucharka, i lokaje, i pokojówki, wszyscy goście, a nawet pogrzebacz i szczypce; no, ale ci dwoje runęli już przy pierwszym skoku. Tak, wesoła to była noc!
Następnego ranka Johannes i jego towarzysz opuścili gospodę, wspięli się na wysokie góry i wkroczyli w nieskończone bory sosnowe. Wędrowcy w końcu wspinęli się tak wysoko, że dzwonnice na dole wydawały im się jakimisi czerwonymi jagódkami w zieleni, i gdziekolwiek spojrzeć, widać było na kilka mil wokół. Takiego piękna Johannes jeszcze nie widział; ciepłe słońce jasno świeciło z błękitnego, przejrzystego nieba, w górach rozlegały się dźwięki myśliwskich rogów, wokół panowała taka błogość, że Johannesowi z radości napłynęły łzy do oczu i nie mógł nie zawołać:
– Boże mój! Jakże bym cię pocałował za to, że jesteś taki dobry i stworzyłeś dla nas cały ten cudowny świat!
Towarzysz Johanesa również stał ze skrzyżowanymi na piersiach rękami i patrzył na lasy i miasta oświetlone słońcem. W tej chwili nad ich głowami rozległo się cudowne śpiewanie; podnieśli głowy – w powietrzu płynął wielki, piękny biały łabędź i śpiewał, jak żadna inna ptaszyna; ale głos jego brzmiał coraz słabiej i słabiej, schylił głowę i cichutko-cichutko osunął się na ziemię: przepiękny ptak leżał u stóp Johanesa i jego towarzysza martwy!
– Jakie cudne skrzydła! – powiedział towarzysz Johanesa. – Takie duże i białe, nie mają ceny! Mogą nam się przydać! Widzisz, dobrze, że wziąłem ze sobą szablę!
I jednym ciosem odciął łabędziowi oba skrzydła.
Potem przeszli przez góry jeszcze wiele-wiele mil i w końcu ujrzeli przed sobą duże miasto z setkami wież, które lśniły w słońcu jak srebro; pośrodku miasta stał wspaniały marmurowy pałac z dachem z czerwonego złota; tu mieszkał król.
Johannes z towarzyszem nie chcieli od razu iść zwiedzać miasta, lecz zatrzymali się w jednej gospodzie, by trochę oczyścić się z drogi i ubrać się elegancko, zanim pojawią się na ulicach. Gospodarz gospody opowiedział im, że król jest człowiekiem bardzo dobrym i nigdy nie zrobi ludziom nic złego, ale że córka jego jest zła-przezła. Oczywiście, jest pierwszą pięknością na świecie, ale cóż z tego, skoro przy tym jest złą wiedźmą, przez którą zginęło tylu wspaniałych książąt. Rzecz w tym, że każdemu – i
księciu i żebrakowi wolno było się o nią starać: oblubieniec musiał jedynie odgadnąć trzy rzeczy, które księżniczka sobie wymyśliła; jeżeli odgadł – wychodziła za niego, a on po śmierci jej ojca zostałby królem nad całym krajem; jeżeli nie – groziła mu kara śmierci. Otóż jakaż to była obrzydliwa piękność, ta księżniczka! Stary król, jej ojciec, bardzo się tym smucił, lecz nie mógł nic z nią poradzić i raz na zawsze odmówił zajmowania się jej oblubieńcami – niechże sobie, powiadał, sama ich załatwia, jak chce. I tak przybywał oblubieniec za oblubieńcem, kazano im odgadywać, a za niepowodzenie ściągano im głowy – niechże się nie wtrącają, wszak ostrzegano ich zawczasu! Stary król jednak tak się tym smucił, że raz do roku przez cały dzień stał w kościele na kolanach, on sam wraz ze wszystkimi swoimi żołnierzami, modląc się do Boga, by księżniczka stała się dobrotliwsza, lecz ona i słyszeć o tym nie chciała. Staruchy, które lubiły wypić, barwiły wódkę na czarno – czymże innym mogły wyrazić swój smutek? – Obrzydliwa księżniczka! – rzekł Johannes. – Należałoby ją wysiec. Gdybym ja był królem-ojcem, dałbym jej popalić! W tej właśnie chwili lud na ulicy zawołał „hurra". Przejeżdżała księżniczka; istotnie była tak piękna, że wszyscy zapominali, jaka jest zła, i wołali jej „hurra". Księżniczkę otaczało dwanaście piękności na karych koniach; wszystkie były w białych jedwabnych sukniach, z złotymi tulipanami w dłoniach. Sama księżniczka jechała na białym jak śnieg koniu; całe uprząż była usiana diamentami i rubinami; suknia księżniczki była z czystego złota, a bat w jej ręku lśnił niczym promień słoneczny; na głowie piękności jaśniała korona, zdająca się być zrobiona z prawdziwych gwiazdeczek, a na ramiona narzucony był płaszcz uszyty ze stu tysięcy przeźroczystych skrzydeł ważkowych, lecz sama księżniczka była przecież lepsza od wszystkich swoich strojów. Johannes spojrzał na nią, zaczerwienił się jak mak i nie mógł wydobyć z siebie ani słowa: była łudząco podobna do owej dziewczyny w złotej koronie, którą widział we śnie w noc śmierci ojca. Ach, była tak piękna, że Johannes nie mógł jej nie pokochać. „Nie może być – powiedział sobie – żeby ona naprawdę była taką wiedźmą i kazała wieszać oraz stracić ludzi, jeśli nie odgadną tego, co sobie wymyśliła. Wszystkim wolno się o nią starać, nawet ostatniemu żebrakowi; pójdę więc i ja do pałacu! Od losu, widocznie, nie ucieknie się!" Wszyscy zaczęli go od tego odwodzić – wszak i z nim stałoby się to samo, co z innymi. Towarzysz podróży Johannesa postanowił, że daj Boże, wszystko pójdzie dobrze, wyczyścił buty i kaftan, umył się, uczesał swoje piękne blond włosy i poszedł sam jeden do miasta, a potem do pałacu. – Wejdźcie! – rzekł stary król, gdy Johannes zapukał do drzwi. Johannes otworzył drzwi, a stary król spotkał go ubrany w szlafrok; na nogach miał haftowane pantofle, na głowie koronę, w jednej ręce berło, w drugiej – jabłko królewskie. – Poczekaj! – powiedział i wsunął jabłko królewskie pod pachę, by podać Johannesowi rękę. Lecz skoro tylko usłyszał, że stoi przed nim nowy oblubieniec, zaczął płakać, wypuścił z rąk i berło, i jabłko królewskie, i jął ocierać łzy połami szlafroka. Biedny staruszek król! – Lepiej nawet nie próbuj! – rzekł. – Spotka cię to samo, co wszystkich! No, popatrz no! I zaprowadził Johannesa do ogrodu księżniczki. Brr… jaki horror! Na każdym drzewie wisiało po trzech, po czterech książąt, którzy niegdyś starali się o księżniczkę, lecz nie zdołali odgadnąć tego, co sobie wymyśliła. Wystarczyło, by powiał wiaterek, a kości głośno stukały jedna o drugą, strasząc ptaki, które nie śmiały nawet zajrzeć do tego ogrodu. Kołkami do kwiatów służyły tam ludzkie kości, w doniczkach tkwiły czaszki z oskalonymi zębami – otóż taki to był ogród księżniczki! – Widzisz! – rzekł stary król. – I z tobą będzie tak samo, jak z nimi! Lepiej nie próbuj! Strasznie mnie to martwi, biorę to tak blisko do serca! Johannes pocałował dobrego króla w rękę i powiedział, że jednak spróbuje, tak bardzo pokochał piękną księżniczkę. W tej chwili na dziedziniec wjechała księżniczka ze swoimi damami, a król z Johannesem wyszli, by się z nią przywitać. Była istotnie przepiękna, podała Johannesowi rękę, a on pokochał ją jeszcze bardziej niż przedtem. Nie, oczywiście nie mogła być taką złą, obrzydliwą wiedźmą, jak mówili ludzie. Udali się do sali, a mali paziowie zaczęli częstować ich konfiturami i miodowymi piernikami, lecz stary król był tak strapiony, że nie mógł nic jeść, zresztą pierniki były nie dla jego zębów! Ustalono, że Johannes przyjdzie do pałacu nazajutrz rano, a sędziowie i cała rada zbiorą się, by słuchać, jak będzie odgadywał. Jeżeli poradzi sobie z zadaniem za pierwszym razem – przyjdzie jeszcze dwa razy; lecz nikomu dotąd nie udało się odgadnąć ani razu, wszyscy płacili głową już za pierwszą próbę. Johannesa ani trochę nie niepokoiła myśl o tym, co się z nim stanie; był bardzo wesoły, myślał tylko o przepięknej księżniczce i mocno wierzył, że Bóg nie opuści go swoją pomocą; w jaki sposób mu pomoże – Johannes nie wiedział, ani też nie chciał o tym myśleć, lecz szedł sobie, podskakując, drogą, aż w końcu wrócił do karczmy, gdzie czekał na niego towarzysz. Lecz towarzysz podróży Johannesa smutnie potrząsnął głową i rzekł: – Tak bardzo cię kocham, mogliśmy spędzić razem jeszcze wiele szczęśliwych dni, a nagle przyjdzie mi cię utracić! Mój biedny przyjacielu, gotów jestem płakać, lecz nie chcę cię smucić: dziś może ostatni dzień, który spędzamy razem! Poweselmy się więc przynajmniej dzisiaj! Zdążę się napłakać i jutro, gdy pójdziesz do pałacu! Całe miasto natychmiast dowiedziało się, że księżniczka ma nowego oblubieńca, i wszyscy strasznie się zasmucili. Teatr zamknięto, przekupki ze słodyczami obwiązały swoje cukrowe prosiaczki czarnym krepem, a król i duchowni zebrali się w kościele i na kolanach modlili się do Boga. Smutek był powszechny: wszak i z Johannesem miało stać się to samo, co z pozostałymi oblubieńcami. Wieczorem towarzysz Johannesa przygotował punch i zaproponował Johannesowi, by dobrze się zabawić i wypić za zdrowie księżniczki. Johannes wypił dwie szklanki i strasznie zachciało mu się spać, oczy same mu się zamknęły i zasnął twardym snem. Towarzysz podniósł go z krzesła i położył do łóżka, a sam, doczekawszy nocy, wziął dwa wielkie skrzydła, które odciął martwemu łabędziowi, przywiązał je do ramion, wsunął do kieszeni największy pęk rózg z tych, które otrzymał od staruchy, co złamała sobie nogę, otworzył okno i poleciał prosto do pałacu. Tam usiadł w kącie pod oknem sypialni księżniczki i zaczął czekać. W mieście było cicho, cicho; oto wybiło trzy ćwierci dwunastej, okno rozwarło się i wyleciała księżniczka w długim białym płaszczu, z wielkimi czarnymi skrzydłami za plecami. Skierowała się prosto ku wysokiej górze, lecz towarzysz podróży Johannesa stał się niewidzialny i poleciał za nią śladem, smagając ją rózgami aż do krwi. Brr… cóż to był za lot! Jej płaszcz powiewał na wietrze niczym żagiel, a poprzez niego przebijał księżyc. – Cóż to za grad! Cóż to za grad! – mówiła księżniczka przy każdym uderzeniu rózg, i słusznie jej się należało. Wreszcie dotarła do góry i zapukała. Wtedy jakby grzmot zatętnił, a góra rozstąpiła się; księżniczka weszła, a za nią towarzysz Johannesa – wszak stał się niewidzialny, nikt go nie widział. Przeszli długi, bardzo długi korytarz z dziwnie lśniącymi ścianami – biegały po nich tysiące ognistych pająków, gorejących jak żar. Następnie księżniczka i jej niewidzialny towarzysz weszli do wielkiej sali ze srebra i złota; na ścianach jaśniały duże czerwone i błękitne kwiaty podobne do słoneczników, lecz broń Boże zrywać je! Ich łodygi były odrażającymi jadowitymi wężami, a same kwiaty – płomieniem wychodzącym im z paszcz. Strop był usiany świetlikami i sinawymi nietoperzami, które bezustannie trzepotały swymi cienkimi skrzydłami; cudowny to był widok! Pośrodku sali stał tron na czterech końskich szkieletach zamiast nóżek; uprząż na koniach była z ognistych pająków, sam tron z mlecznobiałego szkła, a poduszki na nim z czarnych myszek, wbijających sobie wzajemnie zęby w ogony. Nad tronem był baldachim z jaskrawoczerwonej pajęczyny, usianej ładnymi zielonymi muchami, błyszczącymi nie gorzej niż klejnoty. Na tronie siedział stary troll; jego brzydka głowa uwieńczona była koroną, a w ręku trzymał berło. Troll pocałował księżniczkę w czoło i posadził ją obok siebie na
drogocenny tron. Tu rozbrzmiała muzyka; duże czarne świerszcze grały na harmonijkach ustnych, a sowa biła się skrzydłami po brzuchu – nie miała innego bębna. Ależ to był koncert! Małe krasnoludki z błędnymi ognikami na czapkach tańczyły po sali. Nikt nie widział towarzysza podróży Johannesa, a on stał za tronem i wszystko widział oraz słyszał!
W sali było wielu strojnych i ważnych dworzan; lecz ten, kto miał oczy, zauważyłby, że dworzanie ci nie są niczym innym jak zwykłymi kijami z główkami z kapusty zamiast głów – troll ożywił ich i ubrał w szaty haftowane złotem; zresztą cóż za różnica, skoro służyli tylko do parady!
Gdy taniec się skończył, księżniczka opowiedziała trolowi o nowym narzeczonym i zapytała, co powinna zgadnąć następnego ranka, gdy ten przyjdzie do pałacu.