Baśń literacka

Bajka o carze Sałtanie

Opowieść o cudownym ocaleniu księcia Gwidona i jego matki, którzy dzięki pomocy magicznej łabędzicy budują potężne królestwo, co prowadzi do odnalezienia ojca, ukarania intrygantów i przywrócenia sprawiedliwości.

PDF

Bajka o carze Sałtanie

Trzy dziewice pod oknem

Przędły późnym wieczorem.

"Gdybym ja była carycą — Mówi jedna z dziewic — To na cały świat chrzczony Urządziłabym uczty trony".

"Gdybym ja była carycą — Mówi jej siostrzyczka — To na cały świat jedna Natkałabym płótna".

"Gdybym ja była carycą — Rzekła trzecia siostrzyczka — Dla batiuszki-cara Urodziłabym bogatyrza".

Ledwo wymówić zdążyła, Drzwi cichutko zaskrzypiały, I do komnaty wchodzi car, Władca owej strony pan.

Przez cały czas rozmowy Stał za płotem gotowy; Mowa ostatnia ze wszystkich Jemu się spodobała najwięcej.

"Witaj, piękna dziewico — Rzekł on — bądź carycą I urodź bogatyrza Mnie ku końcowi września. Wy zaś, gołąbki-siostrzyczki, Opuszczajcie tę komnatkę, Jedźcie za mną w ślad, Za mną i za siostrą w lad: Niech jedna z was będzie tkaczką, A druga kucharką maczką".

Na ganek wyszedł car-ojciec. Wszyscy ruszyli do pałacu biegiem. Car niedługo się zbierał: Tegoż wieczora się pobierał.

Car Sałtan za ucztę честną Usiadł z carycą młodzieńczą; A potem czcigodni goście Na łoże z kości słoniowej mocy Położyli młodych parę I zostawili ich samych naiarę.

W kuchni złości się kucharka, Płacze przy krosnach tkaczka, I zazdroszczą one Żonie władcy tej stronie.

A caryca młoda, Spraw w dal nie odkładając zgoda, Od pierwszej nocy poczęła. W owe czasy wojna wreła.

Car Sałtan, z żoną się żegnając, Na dobrego konia wsiadając, Nakazywał jej siebie Strzec, jego miłując w potrzebie.

Gdy on daleko Bił się długo i srogo, Nadchodzi termin porodu; Syna Bóg im dał w łokciu wzrostu, I caryca nad dziecięciem Jak orlica nad orlęciem; Wysyła z listem gońca, By uradować ojca.

A tkaczka z kucharką, Z swatką babą Babarychą marką, Chcą ją zgubić totally, Przechwycić gońca kazali natychmiast; Same wysyłają gońca innego Oto z czym od słowa do słowa tego:

"Urodziła caryca w noc Nie to syna, nie to córkę w moc; Nie myszka, nie żabka, Lecz nieznana bestyjka-głupka".

Gdy usłyszał car-ojciec, Co doniósł mu goniec, W gniewie począł cudaczyć I gońca chciał powiesić stracić; Lecz, złagodniawszy tym razem, Dał gońcowi taki rozkaz zarazem:

"Czekać powrotu cara Dla prawomocnego rozstrzygnięcia jutra".

Jedzie z gramotą goniec, I przyjechał wreszcie koniec. A tkaczka z kucharką, Z swatką babą Babarychą marką, Okraść go każą szybko; Do pijana gońca poją lipko I do torby jego pustej Wkładają gramotę inną gustu — I przywiózł goniec pijany Tegoż dnia rozkaz taki dany:

"Car każe swoim bojarom, Czasu nie tracąc darem, I carycę i przychówek Tajemnie wrzucić w otchłań wód główek".

Robić nic: bojarzy, Posmutawszy o władzarzy I carycy młodej, Do sypialni przyszli do niej tłumem swojej.

Ogłosili carską wolę — Jej i synowi złą dolę, Przeczytali na głos ukaz, I carycę w tenże czas W beczkę z synem wsadzili, Zasmolili, potoczyli I puścili w Ocean — Tak rozkazał car Sałtan.

W błękitnym niebie gwiazdy błyszczą, W błękitnym morzu fale chłoszczą; Chmura po niebie idzie, Beczka po morzu płynie w dzieje.

Jak gorzka wdowa, Płacze, tłucze się w niej caryca gotowa; I rośnie dziecko tam Nie według dni, lecz według godzin sam.

Dzień minął, caryca krzyczy… A dziecię falę ponagla liczy:

"Ty, falo moja, falo! Tyś gadatliwa i swawolo; Pluszczesz ty, gdzie chcesz sama, Kamienie morskie drążysz z rana, Topisz brzeg ziemi całej, Podnosisz okręty w dali — Nie губь naszej duszy przecie: Wyrzuć nas na suchy ląd w świecie!"

I posłuchała fala: Tuż na brzeg ona Beczkę wyniosła lekko I cofnęła się cicho w rzekę.

Matka z niemowlęciem uratowana; Ziemię czuje ona wybrana. Lecz z beczki kto ich wydostanie? Czyż Bóg ich opuści w tym stanie?

Syn na nóżki się podniósł, W dno główką się wspiał, Napracował się troszeczkę: "Jakby tu na dziedziniec okieneczko Nam zrobić?" — rzekł on, Wybił dno i wyszedł won.

Matka i syn teraz na wolności; Widzą wzgórze w szerokim polu gości, Morze sine wokół, Dąb zielony nad wzgórzem w ukół.

Syn pomyślał: dobry obiad Byłby nam jednak potrzebny w ład. Łamie on u dębu gałąź, I w napięty łuk ją wkłada w dal, Z krzyża sznurek jedwabny Naciągnął na łuk dębowy sławny, Cienką trzcinę złamał, Strzałką lekką zaostrzył wspaniale, I poszedł na skraj doliny U morza szukać dziczyzny.

Do morza tylko podchodzi on, Oto słyszy jakby jęk i ston… Widać na morzu nie spokojnie; Patrzy — widzi sprawę zbrojnie: Bi się łabędź wśród fal, Kania krąży nad nią w dal; Ta biedaczka tak pluszcze, Wodę wokół mąci i chłoszcze… Tamten już pazury rozpostarł, Dziób krwawy naostrzył w żart…

Lecz właśnie strzała zaśpiewała, W szyję kani trafiła cała — Kania w morzu krew przelała, Łuk carewicz opuścił w dal; Patrzy: kania w morzu tonie I nie ptasim krzykiem jęczy w łonie, Łabędź wokół pływa, Złego kanię dziobie w żywo, Śmierć bliską przyspiesza w locie, Bije skrzydłem i w morzu topi w smutku — I carewiczowi potem Mówi ludzkim językiem złotym:

"Ty, carewiczu, mój zbawco, Mój potężny wybawco, Nie smuć się, że za mnie Jeść nie będziesz przez trzy dni w tchnieniu, Że strzała zginęła w morzu głęboko; To żal — wszystko nie żal głęboko. Odpłacę ci dobrem szczerym, Posłużę ci później w mierze: Ty nie łabędzia wybawiłeś, Dziewicę żywą pozostawiłeś; Ty nie kanię zabiłeś, Czarodzieja postrzeliłeś w siłę.

Na wiek cię nie zapomnę nigdy: Znajdziesz mnie wszędzie w drogi; A teraz ty wróć się spiesznie, Nie smuć się i śpij cieplejsze".

Odleciała łabędź-ptak, A carewicz i caryca tak, Cały dzień spędziwszy w ten sposób, Położyć się zdecydowali na głód.

Oto otworzył carewicz oczy; Strząsając sny nocy mocy I dziwiąc się, przed sobą Widzi miasto wielkie ozdobą, Mur z częstymi zębami, I za białymi murami Błyszczą kopułki cerkwi I świętych klasztorów w sieci.

On prędzej carycę budzi; Ta jak westchnie!.. "Czy to będzie? — Mówi on — widzę ja: Łabędź mój igra w szczęścia dnia".

Matka i syn idą do grodu. Ledwo weszli za ogrodę, Ogłuszający dzwon Podniósł się ze wszystkich stron: Do nich lud naprzeciw wali, Chór kościelny Boga chwali; W kočegach złotych Wspaniały dwór wita ich w kłopotach; Wszyscy ich głośno witają I carewicza koronują w kraju Książęcą czapką, i głową Ogłaszają nad sobą w mowie; I wśród swej stolicy, Z pozwolenia carycy, Tegoż dnia zaczął książęcić on I nazwał się: książę Gwidon.

Wiatr na morzu hula, I stateczek popędza w rule; On biegnie sobie w falach Na rozdętych żaglach w dalach.

Żeglarze dziwią się, Na stateczku tłoczą się, Na znajomej wyspie Cud widzą na jawie w risie: Miasto nowe złotogłowe, Przystań z mocną strażą w głowie; Działa z przystani palą, Statkowi zacumować każą w żalu.

Zacumowują do strażnicy goście; Książę Gwidon zaprasza ich w gości, Ich karmi i poi I odpowiedź trzymać prosi:

"Czym wy, goście, handel prowadzicie I dokąd teraz płynięcie w życie?"

Żeglarze w odpowiedzi: "My objechaliśmy cały świat w pędzie, Handlowaliśmy sobolami, Czarnoburymi lisami w bramie; A teraz nam termin wyszedł w porę, Płyniemy prosto na wschód w górę, Mimo wyspy Bujan, Do carstwa sławnego Sałtana w stan…"

Książę im odrzekł wtedy: "Dobrej drogi wam, panowie wędrowcy, Po morzu po Oceanie Do sławnego cara Sałtana w łanie; Od mnie mu ukłon niski".

Goście w drogę, a książę Gwidon Z brzegu duszą smutną w ton Prowadzi ich bieg daleki; Spojrzyj — ponad płynącymi rzeki Łabędź biały płynie w dal.

"Witaj, książę mój piękny w chwale! Czemuś cichy, jak dzień pochmurny w żale? Zasmuciłeś się czemu w porze?" — Mówi ona do niego w sporze.

Książę smutno odpowiada: "Smutek-tęsknota mnie zjada, Opanowała młodzieńca w sile: Ujrzeć chciałbym ojca w mile".

Łabędź do księcia: "Oto w czym żal! No, posłuchaj: chcesz w morzu w dal Lecieć za statkiem w pędzie? Bądź więc, książę, komarem w udręce".

I skrzydłami zamachała, Wodę z hałasem rozpluskała w chwałę I ochlapała go Od głowy do stóp całego w tło.

Wtedy on w punkt się zmniejszył, Komarem się przemienił w ciszy, Poleciał i zapiszczał w locie, Statek na morzu dogonił w drodze, Powoli opuścił się Na statek — i w szparę wcisnął się w mgle.

Wiatr wesoło szumi, Statek wesoło biegnie w dumie Mimo wyspy Bujan, Do carstwa sławnego Sałtana w stan, I upragniona kraina Oto już z dala widoczna w dolinie.

Oto na brzeg wyszli goście; Car Sałtan zaprasza ich w gości, I za nimi do pałacu Poleciał nasz dzielny w skoku.

Widzi: cały lśniący w złocie, Car Sałtan siedzi w komnacie Na tronie i w koronie Ze smutną myślą na łonie; A tkaczka z kucharką, Z swatką babą Babarychą marką, Obok cara siedzą w kręgu I w oczy mu patrzą w biegu.

Car Sałtan gości sadza Za swój stół i pyta w rządza: "Hej wy, goście-panowie, Długo ли jeździli? Dokąd w głowie? Dobrze ли za morzem, czy źle w porze? I jakie w świecie cudów w borze?"

Żeglarze w odpowiedzi: "My objechaliśmy cały świat w pędzie; Za morzem życie niezłe w rzeczy, W świecie zaś oto jaki cud w pieczy: Na morzu wyspa była stroma, Nie przystępna, nie zamieszkała w domu; Leżała pustą równiną w dali; Rósł na niej dąbek jeden w żali; A teraz stoi na niej Nowe miasto z pałacem w łanie, Ze złotogłowymi cerkwiami, Z terémami i ogrodami w bramie, A siedzi w nim książę Gwidon; On przysłał ci ukłon w ton".

Car Sałtan dziwi się cudu; Mówi on: "Jeśli żywy będę w trudzie, Cudowną wyspę odwiedzę w porze, U Gwidona pomieszcam w borze".

A tkaczka z kucharką, Z swatką babą Babarychą marką, Nie chcą

jego puścić

Cudną wyspę odwiedzić.

«Istna dziwo, no naprawdę — Mrugnąwszy do innych chytrze, Kucharka mówi: — Miasto nad morzem stoi! Wiedzcie, oto nie byle co: Świerk w lesie, pod świerkiem wiewiórka, Wiewiórka piosenki śpiewa I orzeszki wciąż gryzie, A orzeszki nie zwykłe, Wszystkie łupinki złote, Jądra — czysty szmaragd; Oto co cudem się zwie».

Cudu car Sałtan się dziwi, A komar złości się, złości — I wpił się komar akurat Ciotce prosto w prawe oko. Kucharka zbladła, Zemdlała i skrzywiła się. Słudzy, swatka i siostra Z krzykiem łapią komara. «Przeklęta ty muszko! My cię!..» A on w okno, I spokojnie w swój udział Przez morze odleciał.

Znowu książę nad morzem chodzi, Z sinego morza oka nie spuszcza; Patrz — ponad płynącymi wodami Łabędź biały płynie. «Witaj, książę mój piękny! Cóżś taki cichy, jak dzień niepogodny? Zasmuciłeś się czemu?» — Mówi ona do niego.

Książę Gwidon jej odpowiada: «Smutek-tęsknota mnie zjada; Cudo cudowne zaprowadzić Chciałbym. Gdzieś jest Świerk w lesie, pod świerkiem wiewiórka; Dziwo, naprawdę, nie byle co — Wiewiórka piosenki śpiewa, I orzeszki wciąż gryzie, A orzeszki nie zwykłe, Wszystkie łupinki złote, Jądra — czysty szmaragd; Lecz, być może, ludzie kłamią».

Księciu łabędź odpowiada: «Świat o wiewiórce prawdę prawi; To cudo znam ja; Dość, książę, duszo moja, Nie smuć się; rada służbę Oddać ci w przyjaźni».

Z pokrzepioną duszą Książę poszedł sobie do domu; Ledwie stąpił na dziedziniec szeroki — Cóż? Pod świerkiem wysokim, Widzi, wiewióreczka przy wszystkich Złoty orzech gryzie, Szmaragd wydobywa, A łupinkę zbiera, Równe kupki układa I z gwizdaniem śpiewa Przy uczciwym całym narodzie: W sadzie li, w ogrodzie.

Zdziwił się książę Gwidon. «No, dziękuję, — rzekł on, — Ależ łabędź — daj jej Boże, By i mnie taka sama radość».

Książę dla wiewiórki potem Wybudował kryształowy dom, Straż przy nim postawił I przy tym diakaza kazał Ścisły rachunek orzechom prowadzić. Księciu zysk, wiewiórce cześć.

Wiatr po morzu hula I stateczek napędza; On biegnie sobie w falach Na podniesionych żaglach Mimo wyspy stromej, Mimo miasta wielkiego: Działa z przystani palą, Statkowi przystać każą.

Przystają do straży goście; Książę Gwidon zaprasza ich w gościnę, Ich i karmi i poi I odpowiedź trzymać każe: «Czym wy, goście, handel wiedziecie I dokąd teraz płyniecie?»

Żeglarze w odpowiedzi: «My objechaliśmy cały świat, Handlowaliśmy my końmi, Wszystkimi dońskimi ogierami, A teraz nam termin wyszedł — I leży nam droga daleka: Mimo wyspy Bujan, Do carstwa sławnego Sałtana…»

Mówi im książę wtedy: «Dobrej drogi wam, panowie, Po morzu po Oceanie Do sławnego cara Sałtana; A powiedzcie: książę Gwidon Posyła carowi-de swój pokłon».

Goście księciu się pokłonili, Wyszli precz i w drogę ruszyli. Do morza książę — a łabędź tam Już hula po falach. Modli się książę: dusza-de prosi, Tak i ciągnie i unosi… Oto znów ona jego W mig opryskała całego: W muchę książę przemienił się, Poleciał i opuścił się Między morzem a niebem Na statek — i w szparę wлезł.

Wiatr wesoło szumi, Statek wesoło biegnie Mimo wyspy Bujan, Do carstwa sławnego Sałtana — I upragniona kraina Oto już z dala widna; Oto na brzeg wyszli goście; Car Sałtan zaprasza ich w gościnę, I za nimi do pałacu Poleciał nasz dzielny młodzieniec.

Widzi: cały lśniący w złocie, Car Sałtan siedzi w komnacie Na tronie i w koronie, Z smutną dumą na twarzy. A tkaczka z Babarychą Oraz z krzywą kucharką Wokoło cara siedzą, Złymi żabami patrzą.

Car Sałtan gości sadza Za swój stół i pyta: «Oj wy, goście-panowie, Długo ли jeździli? Dokąd? Ładnie ли za morzem, czy źle, I jakie na świecie cudo?»

Żeglarze w odpowiedzi: «My objechaliśmy cały świat; Za morzem życie nie złe; Na świecie zaś oto jakie cudo: Wyspa na morzu leży, Gród na wyspie stoi Ze złotogłowymi cerkwiami, Z terемami i sadami; Świerk rośnie przed pałacem, A pod nim kryształowy dom; Wiewiórka tam mieszka oswojona, I cóż za wymyślnica! Wiewiórka piosenki śpiewa, I orzeszki wciąż gryzie, A orzeszki nie zwykłe, Wszystkie łupinki złote, Jądra — czysty szmaragd; Słudzy wiewiórkę strzegą, Służą jej służbą różną — I przydzielony diakaz urzędowy Ścisły rachunek orzechom prowadzi; Oddaje jej wojsko cześć; Z łupinek leją monetę, I puszczają w obieg po świecie; Dziewczyny sypią szmaragd Do spiżarni, i pod spód; Wszyscy w tej wyspie bogaci, Niedostatku nie ma, wszędzie pałace; A siedzi w nim książę Gwidon; On przysłał tobie pokłon».

Car Sałtan dziwi się cudu. «Jeśli tylko żywy będę, Cudną wyspę odwiedzę, U Gwidona pogoszczę».

A tkaczka z kucharką, Ze swatką babą Babarychą, Nie chcą go puścić Cudną wyspę odwiedzić. Uśmiechnąwszy się spod cicha, Mówi do cara tkaczka: «Co tu dziwnego? no, oto! Wiewiórka kamyczki gryzie, Rzuca złoto i w stosy Zgarnia szmaragdy; Tym nas nie zdziwisz, Prawdę ли, nie ли mówisz. Na świecie jest inne dziwo: Morze вздуется бурливо, Zakipi, podniesie wrzask, Chlynie na brzeg pusty, Rozleje się w hałaśliwym biegu, I znajdą się na brzegu, W łuskach, jak żar gorące, Trzydziestu trzech bogatyrów, Wszyscy красавцы удалые, Olbrzymy młode, Wszyscy równi, jak na dobór, Z nimi wuj Czarnomor. To dziwo, to już dziwo, Można rzec sprawiedliwie!»

Goście mądrzy milczą, Sporzyć z nią nie chcą. Dziwu car Sałtan się dziwi, A Gwidon-to złości się, złości… Zażyczał on i akurat Ciotce usiadł na lewe oko, I tkaczka zbladła: «Aj!» i тут же skrzywiła się; Wszyscy krzyczą: «Łap, łap, I duś ją, duś… Oto zaraz! poczekaj chwilkę, Poczekaj…» A książę w okno, I spokojnie w swój udział Przez morze przyleciał.

Książę u sinego morza chodzi, Z sinego morza oka nie spuszcza; Patrz — ponad płynącymi wodami Łabędź biały płynie. «Witaj, książę mój piękny! Cóżś taki cichy, jak dzień niepogodny? Zasmuciłeś się czemu?» — Mówi ona do niego.

Książę Gwidon jej odpowiada: «Smutek-tęsknota mnie zjada — Dziwo dziwne chciałbym Przenieść do mego udziału». «A jakież to dziwo?» — Gdzieś вздуется бурливо Ocean, podniesie wrzask, Chlynie na brzeg pusty, Rozплеска się w hałaśliwym biegu, I znajdą się na brzegu, W łuskach, jak żar gorące, Trzydziestu trzech bogatyrów, Wszyscy красавцы młode, Olbrzymy удалые, Wszyscy równi, jak na dobór, Z nimi wuj Czarnomor.

Księciu łabędź odpowiada: «Oto co, książę, cię trapi? Nie smuć się, duszo moja, To cudo znam ja. Ci rycerze morscy Są mi przecież braćmi rodzonymi. Nie smuć się więc, idź, Na gości braci czekaj».

Książę poszedł, zapomniawszy o żalu, Usiadł na wieży, i na morze Zaczął patrzeć; morze nagle Zakołysało się wokół, Rozплескаło się w hałaśliwym biegu I zostawiło na brzegu Trzydziestu trzech bogatyrów; W łuskach, jak żar gorące, Idą rycerze parami, I, błyszcząc siwizną, Wuj na przodzie idzie I ku grodowi ich prowadzi.

Z wieży książę Gwidon zbiega, Drogich gości wita; W popłochu lud biegnie; Wuj księciu mówi: «Łabędź nas do ciebie posłała I nakazem nakazała Sławne miasto twe strzec I dozorem obchodzić. My odtąd codziennie Razem będziemy koniecznie U wysokich murów twych Wychodzić z wód morskich, Tak ujrzymy się wkrótce, A teraz pora nam do morza; Ciężkie powietrze nam ziemi».

Wszyscy potem do domu odeszli.

Wiatr po morzu hula I stateczek napędza; On biegnie sobie w falach Na podniesionych żaglach Mimo wyspy stromej, Mimo miasta wielkiego; Działa z przystani palą, Statkowi przystać każą.

Przystają do straży goście. Książę Gwidon zaprasza ich w gościnę, Ich i karmi i poi I odpowiedź trzymać każe: «Czym wy, goście, handel wiedziecie? I dokąd teraz płyniecie?»

Żeglarze w odpowiedzi: «My objechaliśmy cały świat; Handlowaliśmy my bułatem, Czystym srebrem i złotem, I teraz nam termin wyszedł; A leży nam droga daleka, Mimo wyspy Bujan, Do carstwa sławnego Sałtana».

Mówi im książę wtedy: «Dobrej drogi wam, panowie, Po morzu po Oceanie Do sławnego cara Sałtana. A powiedzcież: książę Gwidon Posyła-de carowi swój pokłon».

Goście księciu się pokłonili, Wyszli precz i w drogę ruszyli. Do morza książę, a łabędź tam Już hula po falach. Książę znów: dusza-de prosi… Tak i ciągnie i unosi… I znów ona jego W mig opryskała całego. Tu on bardzo się zmniejszył, Trzmielem książę przemienił się, Poleciał i zazżyczał; Statek na morzu dogonił, Potichonьku opuścił się Na rufę — i w szparę wлезł.

Wiatr wesoło szumi, Statek wesoło biegnie Mimo wyspy Bujan, Do carstwa sławnego Sałtana, I upragniona kraina Oto już z dala widna. Oto na brzeg wyszli goście. Car Sałtan zaprasza ich w gościnę, I

za nimi do pałacu.

Poleciał nasz dzielny młodzieniec.

Widzi, cały lśniąc w złocie,

Car Sałtan siedzi w komnacie

Na tronie i w koronie,

Z smutną myślą na obliczu.

A tkaczka z kucharką,

Z swatką babą Babarychą,

Wokoło cara siedzą —

Czterema oczami wszystkie trzy patrzą.

Car Sałtan gości sadza

Za swój stół i pyta:

«Oj wy, goście-panowie,

Długo li jeździli? dokąd?

Dobrze li za morzem czy źle?

I jakie na świecie cud?»

Żeglarze w odpowiedzi:

«My objechaliśmy cały świat;

Za morzem życie nie złe;

Na świecie zaś oto jakie cud:

Wyspa na morzu leży,

Gród na wyspie stoi,

Każdego dnia dzieje się tam dziwo:

Morze wzdyma się burzliwie,

Zakipia, podnosi wycie,

Chłyśnie na brzeg pusty,

Rozpleszcze się w szybkim biegu —

I zostaną na brzegu

Trzydzieści trzech bogatyrów,

W łusce złotej płonących,

Wszyscy piękni młodzi,

Olbrzymi dzielni,

Wszyscy równi, jak na dobór;

Stary wuj Czarnomor

Z nimi z morza wychodzi

I parami ich wyprowadza,

By tę wyspę strzec

I dozorem obchodzić —

I tej straży nie ma pewniejszej,

Ni dzielniejszej, ni pilniejszej.

A siedzi tam książę Gwidon;

On przysłał tobie pokłon».

Car Sałtan dziwi się cudowi.

«Jeśli tylko żywy będę,

Cudowną wyspę odwiedzę

I u księcia pogoszczę».

Kucharka i tkaczka

Ani mru-mru — lecz Babarycha

Uśmiechnąwszy się mówi:

«Kto nas tym zdziwi?

Ludzie z morza wychodzą

I sobie dozorem chodzą!

Prawdę li gadają, czy kłamią,

Dziwa ja tu nie widzę.

Czy na świecie są takie dziwa?

Oto idzie wieść prawdziwa:

Za morzem carówna jest,

Że nie można oczu odwrócić:

W dzień światło boże zaćmiewa,

W nocy ziemię oświetla,

Miesiąc pod kosą błyszczy,

A na czole gwiazda pali się.

A sama-ż wielkopańska,

Wypływa niby pawica;

A jak mowę prowadzi,

Niby rzeczka szumi.

Rzec można sprawiedliwie,

To dziwo, to już dziwo».

Goście mądrzy milczą:

Spierać się z babą nie chcą.

Cudowi car Sałtan się dziwi —

A carewicz choć się złości,

Lecz żałuje on oczu

Starej babci swojej:

On nad nią bzyczy, krąży —

Prosto na nos jej siada,

Nos użądlił bogatyr:

Na nosie wskoczył bąbel.

I znów powstał zamęt:

«Ratujcie, ради бога!

Wartownicy! łapaj, łapaj,

No i dusz go, dusz...

Oto zaraz! poczekaj chwilkę,

Poczekaj!..» A trzmiel w okienko,

I spokojnie w swoją stronę

Przez morze poleciał.

Książę u sinego morza chodzi,

Z sinego morza oka nie spuszcza;

Patrz — ponad płynącymi wodami

Łabędź biały płynie.

«Witaj, książę ty mój piękny!

Cóż ty cichy, jak dzień niepogodny?

Zasmuciłeś się czemu?» —

Mówi ona do niego.

Książę Gwidon jej odpowiada:

«Smutek-tęsknota mnie zjada:

Ludzie się żenią; patrzę,

Nieżonaty jeno ja chodzę».

— A kogoż na oku

Ty masz? — «No na świecie,

Mówią, carówna jest,

Że nie można oczu odwrócić.

W dzień światło boże zaćmiewa,

W nocy ziemię oświetla —

Miesiąc pod kosą błyszczy,

A na czole gwiazda pali się.

A sama-ż wielkopańska,

Występuje niby pawica;

Słodką mowę prowadzi,

Niby rzeczka szumi.

Tylko, dość, prawdaż to?»

Książę ze strachem czeka odpowiedzi.

Łabędź biały milczy

I, pomyślawszy, mówi:

«Tak! taka jest dziewica.

Lecz żona nie rękawica:

Z białej rączki nie strząsniesz,

Za pas nie zatkniesz.

Usłużę ci radą —

Słuchaj: o wszystkim tym

Porozmyśl ty porządnie,

By nie żałować potem».

Książę przed nią zaczął się zaklinać,

Że czas mu się żenić,

Że o tym wszystkim

Przemyślał on porządnie;

Że gotów duszą namiętną

Za carówną piękną

On pieszo iść stąd

Choćby za trzydzieści ziem.

Łabędź tu, westchnąwszy głęboko,

Rzekła: «Po co daleko?

Wiedz, bliska судьba twoja,

Bo carówna ta — jam ja».

Tu ona, machnąwszy skrzydłami,

Poleciała nad falami

I na brzeg z wysokości

Opuściła się w krzaki,

Strzepnęła się, otrząsnęła

I carówną obróciła się:

Miesiąc pod kosą błyszczy,

A na czole gwiazda pali się;

A sama-ż wielkopańska,

Występuje niby pawica;

A jak mowę prowadzi,

Niby rzeczka szumi.

Książę carównę obejmuje,

Do białej piersi przyciska

I wiedzie ją prędzej

Do miłej matki swojej.

Książę jej do nóg, błagając:

«Władczyni-rodzona!

Wybrałem ja żonę sobie,

Córkę posłuszną tobie,

Prosimy oboje pozwolenia,

Twego błogosławieństwa:

Ty dzieci pobłogosław

Żyć w zgodzie i miłości».

Nad głową ich pokorną

Matka z ikoną cudotwórczą

Łzy leje i mówi:

«Bóg was, dzieci, nagrodzi».

Książę niedługo się zbierał,

Na carównie się ożenił;

Zaczęli żyć i mieć się dobrze,

I potomstwa oczekiwać.

Wiatr po morzu hula

I statek popędza;

On biegnie sobie w falach

Na rozdętych żaglach

Mimo wyspy stromej,

Mimo miasta wielkiego;

Działa z przystani palą,

Statkowi пристать każą.

Przystają do rogatki goście.

Książę Gwidon zaprasza ich w gościnę,

On ich karmi i poi

I odpowiedź держать każe:

«Czym wy, goście, handel prowadzicie

I dokąd teraz płyniecie?»

Żeglarze w odpowiedzi:

«My objechaliśmy cały świat,

Handlowaliśmy my nie darmo

Niewskazanym towarem;

A leży nam droga daleka:

Do domu na wschód,

Mimo wyspy Bujan,

Do carstwa sławnego Sałtana».

Książę im rzekł wtedy:

«Dobrej drogi wam, panowie,

Po morzu po Oceanie

Do sławnego cara Sałtana;

Lecz przypomnijcie mu,

Władcy swemu:

Do nas w gościnę obiecał się wybrać,

A dotąd nie zebrał się —

Ślę mu ja swój pokłon».

Goście w drogę, a książę Gwidon

W domu tym razem pozostał

I z żoną się nie rozstał.

Wiatr wesoło szumi,

Statek wesoło biegnie

Mimo wyspy Bujan

Do carstwa sławnego Sałtana,

I znajoma kraina

Oto już z dala widna.

Oto na brzeg wyszli goście.

Car Sałtan zaprasza ich w gościnę.

Goście widzą: w pałacu

Car siedzi w swej koronie,

A tkaczka z kucharką,

Z swatką babą Babarychą,

Wokoło cara siedzą,

Czterema oczami wszystkie trzy patrzą.

Car Sałtan gości sadza

Za swój stół i pyta:

«Oj wy, goście-panowie,

Długo li jeździli? dokąd?

Dobrze li za morzem, czy źle?

I jakie na świecie cud?»

Żeglarze w odpowiedzi:

«My objechaliśmy cały świat;

Za morzem życie nie złe,

Na świecie zaś oto jakie cud:

Wyspa na morzu leży,

Gród na wyspie stoi,

Ze złotogłowymi cerkwiami,

Z teremami i sadami;

Jodła rośnie przed pałacem,

A pod nią kryształowy dom;

Wiewiórka w nim mieszka oswojona,

Ależ cudownica jaka!

Wiewiórka piosenki śpiewa

I orzeszki wszystko gryzie;

A orzeszki nie zwykłe,

Łupiny-ż złote,

Jądra — czysty szmaragd;

Wiewiórkę hołubią, strzegą.

Tam jeszcze inne dziwo:

Morze wzdyma się burzliwie,

Zakipia, podnosi wycie,

Chłyśnie na brzeg pusty,

Rozpleszcze się w szybkim biegu,

I znajdą się na brzegu,

W łusce, jak żar płonąc,

Trzydzieści trzech bogatyrów,

Wszyscy piękni dzielni,

Olbrzymi młodzi,

Wszyscy równi, jak na dobór —

Z nimi wuj Czarnomor.

I tej straży nie ma pewniejszej,

Ni dzielniejszej, ni pilniejszej.

A u księcia żonka jest,

Że nie można oczu odwrócić:

W dzień światło boże zaćmiewa,

W nocy ziemię oświetla;

Miesiąc pod kosą błyszczy,

A na czole gwiazda pali się.

Książę Gwidon tym grodem włada,

Każdy go gorliwie sławi;

On przysłał tobie pokłon,

Lecz tobie wyrzeka on:

Do nas-że w gościnę obiecał się wybrać,

A dotąd nie zebrał się».

Tu już car nie wytrzymał,

Wyprawić flotę kazał.

A tkaczka z kucharką,

Z swatką babą Babarychą,

Nie chcą cara puścić

Cudowną wyspę odwiedzić.

Lecz Sałtan im nie uważa

I zaraz je uspokaja:

«Cóż ja? car czy dziecko? —

Mówi on nie żartując: —

Dziś jadę!» — Tu tupnął,

Wyszedł precz i drzwiami trzasnął.

Pod oknem Gwidon siedzi,

Milcząc na morze patrzy:

Nie szumi ono, nie chłoszcze,

Ledwo, ledwo drży,

I w лазурной dali

Pokazały się okręty:

Po równinach Oceanu

Jedzie flota cara Sałtana.

Książę Gwidon wtedy zerwał się,

Gromkim głosem zawołał:

«Matko moja rodzona!

Ty, księżno młoda!

Popatrzcie wy tam:

Jedzie tatuś tutaj».

Flota już do wyspy podchodzi.

Książę Gwidon lunetę kieruje:

Car na pokładzie stoi

I przez lunetę na nich patrzy;

Z nim tkaczka z kucharką,

Z swatką babą Babarychą;

Dziwią się one

Nieznanej stronie.

Razem działa odpalono;

W dzwonnicach zadzwoniono;

Ku morzu sam idzie Gwidon;

Tam cara spotyka on

Z kucharką i tkaczką,

Z swatką babą Babarychą;

Do miasta poprowadził cara,

Nic nie mówiąc.

Wszyscy teraz idą do komnat:

U wrót błyszczą zbroje,

I stoją w oczach cara

Trzydzieści trzech bogatyrów,

Wszyscy piękni młodzi,

Olbrzymi dzielni,

Wszyscy równi, jak na dobór,

Z nimi wuj Czarnomor.

Car ступił na dziedziniec szeroki:

Tam pod jodłą wysoką

Wiewiórka piosenkę śpiewa,

Złoty orzech gryzie,

Szmaragdzik wyjmuje

I w woreczek wkłada;

I zasiany dziedziniec wielki

Złotą łupiną.

Goście dalej — spiesznym krokiem

Patrzą — cóż? księżna — dziwo:

Pod kosą księżyc błyszczy,

A na czole

gwiazda płonie;

A sama tak dostojna,

Występuje niczym pawica,

I prowadzi swoją teściową.

Car patrzy – i rozpoznaje...

W nim serce zabiło gwałtownie!

„Co ja widzę? co to takiego?

Jak!" – i dech mu zaparło...

Car zalał się łzami,

Obejmuje carową,

I synka, i młodą niewiastę,

I wszyscy siadają do stołu;

I wesoła uczta się zaczęła.

A tkaczka z kucharką,

Z kumą babą Babarychą,

Rozbiegły się po kątach;

Ledwo je tam odnaleziono.

Wtedy we wszystkim się przyznały,

Przeprosiły, rozszlochały się;

Car dla takiej radości

Odpuścił wszystkie trzy do domu.

Dzień minął – cara Sułtana

Ułożono spać wpół pijanego.

Ja tam byłem; miód, piwo piłem –

I tylko wąsy zmoczyłem.